Wyprawy za miasto są fajne.
Jazda tramwajem linii 43 jest znośna.
Noc z ekipą Midrealu jest fajna.
Rozpalanie ogniska jest fajne.
Parówki z ogniska są fajne.
Słuchanie Slade'a przy ognisku jest fajne.
Krówki są fajne. Ciasteczka też.
Gra w "Ryzyko" jest fajna.
Voo Voo jest fajne. Podobnie jak Led Zeppelin, Ensiferum i Blaze.
Pepsi z mlekiem jest fajne.
Chodzenie nocą po lesie i wiochach jest fajne.
23-minutowe rozmowy przez telefon są fajne.
Bieganie w glanach jest fajne.
Glany ogólnie są fajne.
Granie w RPG w lesie jest fajne.
Granie w RPG w domku też jest fajne.
Filozoficzne rozważania z Waflem i Masakrą są fajne.
Granie na gitarze w temperaturze mniejszej niz 9 stopni Celsjusza jest fajne.
Zakupy o 7:00 są fajne.
Funkcja f(x)= sinx * x^2 jest fajna.
Budzenie Gwardyna jest fajne.
Przekonywanie Masakry, że jest androidem jest fajne.
Wracanie do domu definitywnie nie jest fajne.
poniedziałek, 10 listopada 2008
sobota, 27 września 2008
Wojownicy
Najświeższa porcja wypocin - wczoraj wieczorem skończyłem to pisać. Życzę szczęścia przy czytaniu.
Jan założył na siebie ostatnie elementy zbroi. Był chłodny, październikowy poranek, słońce nie śmiało jeszcze w całości ukazać się na niebie. Doskonały moment na atak z zaskoczenia. Chłopak wstał z pieńka i podszedł do stojaka na broń. Wziął zeń potężny, obosieczny topór i ciął nim powietrze. Walczył nim od kilku dni bez przerwy, wolał jednak nie ryzykować. Jakub był nieprzewidywalnym przeciwnikiem - równie nieprzewidywalnym jak zimowa pogoda. Od kilku tygodni znajdował się jednak na przegranej pozycji, a Jan miał nadzieję go tam utrzymać.
Właściwie nie potrafił powiedzieć, dlaczego walczyli. Codziennie próbował racjonalnie odpowiedzieć sobie na to pytanie i codziennie ponosił klęskę na tym polu. Tłumaczył to sobie jako wrodzoną ambicję, potrzebę dominacji i zwyciężania, jednak ta odpowiedź nie satysfakcjonowała go w pełni.
Teraz nie było to istotne. Liczył się tylko fakt, że znowu będzie musiał stanąć z nim w szranki, jak to czynił od początku swej egzystencji.
Obozowisko Jakuba sprawiało marne wrażenie przy okazałym namiocie Jana, było jednak solidnie wykonane. Stało na szczycie wzgórza, tuż pod wielkim głazem, osłaniającym je od południa. Jego teren ogrodzony był płotem z okazałych gałęzi drzew iglastych, krzewów cierniowych i trującego bluszczu. Wewnątrz znajdowały się dwa spore szałasy, piwnica przykryta deskami oraz starannie ogrodzone miejsce ogniskowe.
Wojownik wszedł do obozu, nie zważając na szyszki i gałązki pękające pod jego okutymi butami. Od kilku dni stosował tę samą taktykę i zawsze zastawał swego oponenta w stanie błogiego snu.
Jakże się zdziwił, gdy na posłaniu nie zobaczył nikogo. W odruchu wściekłości zamachnął się prawą ręką, by zniszczyć szałas. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy poczuł mocny chwyt na nadgarstku, hamujący cały ruch topora.
- Szukasz kogoś? – Jakub uśmiechnął się. Na jego twarzy malowały się równocześnie uczucia gniewu i zadowolenia.
Riposta nadeszła szybko i – zdawać by się mogło – niespodziewanie. Jakub wykonał jednak krótkie salto w tył, unikając opancerzonej pięści.
- Nudzi mnie to – powiedział. – Nudzę się nawet bardziej, niż przed twoim powstaniem. A to było naprawdę długie piętnaście lat.
Wojownik oparł topór o ramię i spojrzał na przeciwnika. Nie podejrzewałby nawet, że jest on aż tak stary. Sam egzystował dopiero jakieś dwa lata.
- Mógłbyś się choć trochę postarać i spróbować czegoś innego – ciągnął. – Te ataki o poranku stały się zbyt monotonne. Mają jednak swoje zalety - przynajmniej mogę obserwować wschód słońca – wskazał ręką ognistą kulę, podnoszącą się powoli znad widnokręgu. Uśmiechnął się szeroko.
Jan bez wahania odwrócił głowę w tę stronę. Nie obawiał się. Podczas tych dwóch lat przekonał się, że jego przeciwnik nie ma w zwyczaju stosowania tego typu sztuczek. Dziwiło go to równie bardzo jak fascynacja gwiazdą, leniwie wznoszącą się nad horyzontem.
Zerknął kątem oka na Jakuba. Chłopak wciąż obserwował światło. Jan poczekał na odpowiedni moment i wyprowadził szybkie cięcie toporem. Jego oponent w mgnieniu oka dobył swych mieczy i sparował cios. Wojownik powoli zaczął się obawiać – Jakub uznawał zasadę walki tylko we własnej obronie. Robił to jednak z charakterystyczną dla siebie pasją i oddaniem, trzymając pojedynek na niezwykle wyrównanym poziomie. Był przeciwnikiem, z którym niewielu mogło dać sobie radę.
Jan zajrzał głęboko w oczy przeciwnika i ujrzał w nich płomienie gniewu.
- To nie będzie łatwa sobota – mruknął do siebie, uchylając się przed dwoma ciosami, wymierzonymi prosto w jego szyję.
Parował uderzenia przez kilka sekund, długo nie pozostawał jednak dłużny. Wykorzystując chwilową lukę w obronie przeciwnika, pchnął toporem w jego klatkę piersiową. Ten jednak w porę odskoczył, uniknął dwóch cięć, zablokował kolejne i zamarkował cios w szyję. Wojownik cofnął swój topór i obrócił się na pięcie. Jakub wyczuł moment, w którym równowaga jego oponenta była zachwiana, kucnął i podciął jego nogi.
Jan rozciągnął się na ziemi jak długi. Topór wypadł mu z rąk i wylądował jakieś dwa metry dalej, niszcząc ogrodzenie z gałęzi. Jakub stanął nad nim, schował miecze i założył ręce na piersi.
- No, dalej. Dobij mnie – pokonany wymownym gestem odsłonił szyję.
- Nie. Nie teraz. Nie miałbym z tego żadnej przyjemności, tylko wyrzuty sumienia.
- Dlaczego?
- Nawet ty jesteś mu potrzebny. Nawet dzisiaj.
Odwrócił się na pięcie i opuścił wzgórze. Jan wstał powoli, masując obolałe kości. Ostrożnym krokiem poszedł po swój topór i mocno zacisnął na nim dłonie. Jego upadki zawsze kończyły się tak samo – Jakub odchodził, a on zbierał się powoli i ruszał na poszukiwania z głodem zemsty. Nigdy jednak nie tłumaczył swojego postępowania – aż do dzisiaj.
Wiedział, że obaj zostali stworzeni z niczego przez jakąś wyższą istotę. To tłumaczyło fakt, że miał raptem dwa lata, wyglądał na szesnaście i walczył lepiej niż niejeden wojownik już od pierwszego dnia swojego istnienia. Wątpił jednak w jakąkolwiek ingerencję tego boga – bo to coś musiało być swego rodzaju bogiem - w ich postępowania. Może jednak Jakub twierdził inaczej.
Czuł jednak pewną nierozerwalną więź z tą nieobecną istotą – często ni stąd ni zowąd ogarniało go uczucie radości, ciepła, czasem przygnębienia, smutku i związanego z nimi chłodu. Nie potrafił wytłumaczyć tego zjawiska inaczej. Tłumił jednak te wrażenia, uważając, że zakłócają one czystość jego myślenia i harmonię umysłu.
Otrząsnął się z medytacji. Zwykle w rozmyślaniach zagłębiał się po zakończeniu walki, kiedy to miał chwilę czasu dla siebie. Czasem jednak ta chwila okazywała się bardzo krótka - ich starcia potrafiły ciągnąć się do późnej nocy.
Rozejrzał się wokół. Jego oko zawisło na śladach butów zostawionych w błocie.
Jakub siedział pod drzewem nad jeziorem, z piórem i notesem w ręku.
- To powinno mu się spodobać – mruknął. – Jej chyba też.
Uśmiechnął się do siebie, gdy z umysłu wyższej istoty zaczęły płynąć radosne uczucia i plany na dzisiejsze popołudnie. Żeby miały one jakieś szanse, musiał zaistnieć jeden warunek – pokonanie Jana. Nie raz na zawsze. W tym wymiarze nie było to możliwe. Ten bóg zresztą nie pozwoliłby na to – obecność wojownika mimo wszystko bywała przydatna.
Najbardziej jednak bolał Jakuba fakt, że ten biedny człowiek był strasznie zamknięty i pragmatyczny. Nie widziałby żadnego celu w planach i posunięciach wielkiego.
Schował notes i pióro do kieszeni, po czym przykucnął nad wodą i przyjrzał się swojemu odbiciu. Jego twarz wyrażała jednak pewne obawy. Miał jakieś półtorej godziny do początku realizacji planu wielkiego. Trzy godziny, przez które nie mógł dać się pokonać. Trzy godziny, po których Jan miał gryźć piach – ale nie wcześniej i nie później.
Patrzył tak jeszcze przez chwilę na taflę jeziora, gdy nagle na jego głowę padł cień, a następnie ujrzał w wodzie bliźniacze odbicie. Spodziewał się tego. Na cięcie z góry zareagował odskokiem w lewo i błyskawicznie wyprowadzonym podcięciem.
Tym razem cios ten nie odniósł jednak skutku. Jan stał pewnie na dwóch nogach, a dodatkowe podparcie zapewniał mu topór wbity w piasek. Szybko jednak ostrze znalazło się w powietrzu, gotowe do kolejnego śmiercionośnego ciosu.
Jakub dwa razy przetoczył się do tyłu. Wstając dobył mieczy i przyjął pozycję obronną. Niemal automatycznie cofnął się pod najbliższe drzewo i przylgnął do niego plecami. Jan ruszył na niego z toporem wzniesionym wysoko nad głowę. Cios jednak nie nadszedł z góry, tylko z prawej strony. Jakub w porę podskoczył, odbił się od ostrza uwięzionego w drewnie i wykonał salto tuż nad głową przeciwnika. Zadał mu bolesny cios w lewą nogę, po czym zostawił samego z toporem w drzewie.
Terytorium ich zmagań nie było specjalnie obszerne, starczało jednak miejsca do całodziennej gry w chowanego. Właściwie mógł się ukryć niedaleko obozowiska wroga i czekać na odpowiedni moment, nie miałby jednak większych szans w starciu z nim. Jan może nie był specjalnie zwinny, jego siła była jednak kłopotliwa. Ten topór traktował jak dwuręczny tylko z przyzwyczajenia – Jakub podejrzewał, że spokojnie mógłby nim walczyć nawet lewą ręką.
Przypuszczenia odnośnie broni zostawił jednak na później. Teraz szukał sobie tymczasowej kryjówki, w oparciu o pobieżnie wykonane obliczenia.
Jak się wkrótce okazało – zbyt pobieżnie. Za sobą usłyszał trzask gałązek łamanych pod butami swego oponenta. Na jego twarzy odmalował się wyraz zdumienia, nie zwolnił jednak kroku.
- Zobaczymy jak długo wytrzymasz – mruknął do siebie i skierował swe kroki w stronę najbliższego wzgórza.
Jakub nigdy wcześniej nie zastanawiał się, jak długo będzie w stanie biec człowiek z bolesną raną z tyłu kolana. Jan jednak zdawał się w ogóle tego nie odczuwać. Jakubowi było to na rękę. Był w stanie biegać znacznie szybciej i dłużej niż jego oponent, a ten po zatrzymaniu się dotkliwiej doświadczy zmęczenia. Była to kwestia jakichś trzydziestu minut.
- Trochę za mało – stwierdził i pognał w dół zbocza. Za nim potoczył się Jan, sprawiający wrażenie osoby, której ciężka zbroja i topór dwuręczny wcale nie przeszkadzały w bieganiu.
Jan gonił swego wroga, dopóki nie uznał, że to naprawdę bezcelowe. Rana na lewej nodze wcale nie ułatwiała sprawy, a zmęczenie ogarnęło go już prawie całkowicie. Przysiadł pod pobliskim drzewem, by nabrać sił i poczekać na dalszy rozwój wypadków.
Słońce wznosiło się już wysoko nad drzewami. Według jego oceny było już kilkanaście minut po południu. Polowania na tego sukinkota zawsze bywały długie, trudne i monotonne, dzisiaj jednak były jeszcze gorsze. Rozdrażnienie Jana wzmagało uczucie podenerwowania, dochodzące od istoty wyższej. Nie był jednak w stanie określić dokładniejszych tego powodów.
Zamknął oczy i otworzył je po chwili. Pierwszym, co ujrzał była odwrócona do góry nogami twarz Jakuba. Wojownik zacisnął pięść i uderzył.
Jakub nie zdążył całkowicie się uchylić. Oberwał w szczękę, a z jego policzka zaczęła ściekać krew. Nie pozostał Janowi dłużny. Wprawiając całe ciało w ruch uderzył go czołem w nos, po czym zgrabnie wylądował na ziemi.
- Nie bądź taki nerwowy – uśmiechnął się szelmowsko, ocierając czerwony płyn z twarzy. – Nie starczy ci sił, by mnie dorwać i wykończyć.
- Już mi ich brakuje! – wrzasnął. W furii wstał i zaczął ciąć toporem, idąc powoli do przodu.
Jakub powolnym, spokojnym krokiem cofał się, odbijając niektóre uderzenia mieczami. Jan w końcu zaczął walczyć w nieco bardziej kontrolowany sposób. Po raz pierwszy tamtego dnia rozpoczął się szaleńczy taniec dwóch świetnych wojowników. Taniec cięć i pchnięć. Taniec, w którym liczyła się szybkość i zdolność przewidywania. Taniec, z którego tylko jeden z nich mógł wyjść cało.
Ruchy Jakuba były bardziej przemyślane niż zwykle. Dawał się spychać do obrony tylko po to, by czekać na dogodną okazję do wyprowadzenia kilku pchnięć. Kilka razy został powierzchownie zraniony, nie przeszkadzało mu to jednak w prowadzeniu walki. Sam zadał Janowi kilka bolesnych ciosów, cudem trafiając w szczeliny między płytami pancerza. Ten jednak niewiele sobie z tego robił i przypuścił gwałtowny atak, zmuszający szermierza do cofnięcia się o kilka kroków.
W tej samej chwili od istoty wyższej zaczął napływać sygnał niepewności, połączony z uczuciem umiarkowanej euforii. Jakub wiedział, że zbliża się właściwa chwila, nie miał jednak dużych szans na zadanie teraz ostatecznego ciosu. Jan starał się jak mógł, by trzymać jego ostrza nisko, a zbroja chroniła go skutecznie przed ciosami. Natarł mocniej, doprowadzając przeciwnika do utraty równowagi.
Fechtmistrz upadł na ziemię, opierając się o nią łokciami. Uczucie niepewności wzmogło się drastycznie, chłopak widział jednak wyjście z sytuacji. Pod głową wyczuł obecność żyłki, zapewne uruchamiającej jakąś pułapkę, zamocowaną wieki temu przez Jana. Szybki rzut oka pozwolił ocenić sposób jej działania. Jakub postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Spojrzał na Jana, wznoszącego topór do ciosu.
Ostrze opadło, cel jednak w ostatniej chwili przetoczył się na bok. Żyłka pękła zamiast czaszki wroga. Sekundę później zbrojny leżał na ziemi z sześcioma bełtami tkwiącymi w szyi.
Jakub wstał z ziemi, otrzepał się z kurzu i utkwił wzrok w ciele przeciwnika leżącego w powiększającej się plamie krwi. W tej samej chwili przez jego umysł przeszło radosne ciepło, towarzyszące uczuciu euforii tego dziwnego boga. Nie była to jednak radość ze zwycięstwa wojownika. Tamta istota nie wiedziała nawet o istnieniu tego wymiaru. A nawet gdyby wiedziała, nie pochwalałaby tego czynu.
Jakub przytroczył sobie topór do pasa i wziął zwłoki Jana na ręce. Ruszył prosto w stronę jego namiotu. Tam złożył go na posłaniu, wyjął bełty i zatamował dalszy upływ krwi. Usiadł na pniu i czekał.
Jan otworzył oczy. Pierwszym, co ujrzał była górna część płachty jego namiotu. Po chwili zorientował się, że leży na swoim posłaniu. Ostatnim, co pamiętał, był zadawany cios i przeszywający ból. Jego zwycięstwa nigdy się tak nie kończyły.
Po chwili zorientował się, że słońce dopiero zaczęło zachodzić. Pomarańczowy blask wpadł do środka, oświetlając twarz gościa siedzącego na pieńku.
Jan przyjrzał mu się uważniej. Był dość wysoki, miał długie blond włosy i niebieskie oczy. Jego brodę pokrywała gęsty, krótki zarost. Za każdym razem, kiedy na niego patrzył, czuł się jakby stał przed lustrem. Prawie. Twarz Jakuba potrafiła wyrażać zdecydowanie więcej stanów emocjonalnych niż obojętność i gniew.
- Co... się... stało? – wymamrotał.
- Wpadłeś we własną pułapkę. Sześć bełtów przeszyło twoją krtań na wylot.
- Dla... dlaczego... za...
- Dlaczego zagrałem w ten sposób?
Jan skinął głową.
- Czasem dla wyższej sprawy trzeba postąpić wbrew swoim zasadom.
- Jak... jakiej... sprawy?
- Wyczuwasz zapewne obecność tej dziwnej, dalekiej istoty?
Ranny skinął ponownie.
- Jest ona swego rodzaju bogiem. To jest jego świat, ale najprawdopodobniej w ogóle o nim nie wie. Jesteśmy z nim mentalnie połączeni, odczuwamy wszystkie jego silniejsze uczucia.
- Tak... czuję... słabo – wydyszał zbrojny.
- Wiem. Nie wiem natomiast, czym to jest powodowane – twoim młodym wiekiem czy postawą. Może obydwoma tymi czynnikami. Odgradzasz się. Boisz się o gówno wartą równowagę swojego umysłu. Wracając do tej istoty – ma pewne ograniczone zdolności stwórcze, jednak potrzebuje bardzo dużo siły woli, by ich użyć. Skutkiem ich działania jesteś ty.
Ranny uśmiechnął się.
- Tak, możesz się cieszyć. Jesteś wyjątkowy. Ja... chyba zostałem stworzony w tym samym czasie, co on. Oznaczałoby to, że istnieję tak długo jak on. I zapewne dzięki temu tak dobrze go rozumiem.
- Ale co... on ma... do nas?
- Zastanawiałeś się, co cię pcha do walki? Na mnie też to działa. Nawet w tej chwili mam niepohamowaną chęć skopania twojego zakutego tyłka – twarz Jakuba rozjaśnił szeroki, przyjacielski uśmiech. Jan z trudem spróbował go oddać.
- Istniejemy tutaj, żeby walczyć. Walczyć ze sobą i walczyć dla niego. On oczywiście nic o tym nie wie, czuje jednak całą tę walkę – początek, wszystkie przewagi oraz ostatecznego zwycięzcę. To pod ich wpływem podejmuje istotne dla siebie decyzje. I dzisiaj potrzebował odwagi do działania.
- Ja... jakie... go?
- Nieważne. I tak uznałbyś je za bezcelowe i niebezpieczne dla równowagi umysłu. Ale teraz przynajmniej czuję, że on jest szczęśliwy. Gdybyś wtedy rozłupał mi czaszkę, zapewne miałby wątpliwości co do swojego postępowania.
Zapadła chwila dłuższego milczenia.
- Dłu... długo jesz... cze będziemy mu... musieli walc... – odezwał się Jan.
- Nie wiem – przerwał mu Jakub. – Dopóki on nie zdecyduje, że któregoś z nas trzeba zlikwidować. Podejrzewam, że dlatego właśnie powstałeś i tak świetnie walczysz. Podejrzewam, że ten bóg teraz będzie chciał, żebyś coraz bardziej osłabł i może w końcu zniknął.
- Chyba w... snach.
- Marne szanse. Mówiłem ci już rano – nawet ty jesteś mu potrzebny – zrobił krótką pauzę i wyjrzał na zewnątrz. W ich świecie powoli zapadał zmrok. - Widzę, że czujesz się lepiej. W takim razie na mnie już czas. Do zobaczenia jutro rano.
Odwrócił się na pięcie i skierował kroki do wyjścia.
- Ja... Jakub.
- Tak?
- Dz... dzięki za wszystko.
- Jutro mnie za to przeklniesz – chłopak uśmiechnął się szyderczo i zniknął w mroku.
Jan założył na siebie ostatnie elementy zbroi. Był chłodny, październikowy poranek, słońce nie śmiało jeszcze w całości ukazać się na niebie. Doskonały moment na atak z zaskoczenia. Chłopak wstał z pieńka i podszedł do stojaka na broń. Wziął zeń potężny, obosieczny topór i ciął nim powietrze. Walczył nim od kilku dni bez przerwy, wolał jednak nie ryzykować. Jakub był nieprzewidywalnym przeciwnikiem - równie nieprzewidywalnym jak zimowa pogoda. Od kilku tygodni znajdował się jednak na przegranej pozycji, a Jan miał nadzieję go tam utrzymać.
Właściwie nie potrafił powiedzieć, dlaczego walczyli. Codziennie próbował racjonalnie odpowiedzieć sobie na to pytanie i codziennie ponosił klęskę na tym polu. Tłumaczył to sobie jako wrodzoną ambicję, potrzebę dominacji i zwyciężania, jednak ta odpowiedź nie satysfakcjonowała go w pełni.
Teraz nie było to istotne. Liczył się tylko fakt, że znowu będzie musiał stanąć z nim w szranki, jak to czynił od początku swej egzystencji.
Obozowisko Jakuba sprawiało marne wrażenie przy okazałym namiocie Jana, było jednak solidnie wykonane. Stało na szczycie wzgórza, tuż pod wielkim głazem, osłaniającym je od południa. Jego teren ogrodzony był płotem z okazałych gałęzi drzew iglastych, krzewów cierniowych i trującego bluszczu. Wewnątrz znajdowały się dwa spore szałasy, piwnica przykryta deskami oraz starannie ogrodzone miejsce ogniskowe.
Wojownik wszedł do obozu, nie zważając na szyszki i gałązki pękające pod jego okutymi butami. Od kilku dni stosował tę samą taktykę i zawsze zastawał swego oponenta w stanie błogiego snu.
Jakże się zdziwił, gdy na posłaniu nie zobaczył nikogo. W odruchu wściekłości zamachnął się prawą ręką, by zniszczyć szałas. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy poczuł mocny chwyt na nadgarstku, hamujący cały ruch topora.
- Szukasz kogoś? – Jakub uśmiechnął się. Na jego twarzy malowały się równocześnie uczucia gniewu i zadowolenia.
Riposta nadeszła szybko i – zdawać by się mogło – niespodziewanie. Jakub wykonał jednak krótkie salto w tył, unikając opancerzonej pięści.
- Nudzi mnie to – powiedział. – Nudzę się nawet bardziej, niż przed twoim powstaniem. A to było naprawdę długie piętnaście lat.
Wojownik oparł topór o ramię i spojrzał na przeciwnika. Nie podejrzewałby nawet, że jest on aż tak stary. Sam egzystował dopiero jakieś dwa lata.
- Mógłbyś się choć trochę postarać i spróbować czegoś innego – ciągnął. – Te ataki o poranku stały się zbyt monotonne. Mają jednak swoje zalety - przynajmniej mogę obserwować wschód słońca – wskazał ręką ognistą kulę, podnoszącą się powoli znad widnokręgu. Uśmiechnął się szeroko.
Jan bez wahania odwrócił głowę w tę stronę. Nie obawiał się. Podczas tych dwóch lat przekonał się, że jego przeciwnik nie ma w zwyczaju stosowania tego typu sztuczek. Dziwiło go to równie bardzo jak fascynacja gwiazdą, leniwie wznoszącą się nad horyzontem.
Zerknął kątem oka na Jakuba. Chłopak wciąż obserwował światło. Jan poczekał na odpowiedni moment i wyprowadził szybkie cięcie toporem. Jego oponent w mgnieniu oka dobył swych mieczy i sparował cios. Wojownik powoli zaczął się obawiać – Jakub uznawał zasadę walki tylko we własnej obronie. Robił to jednak z charakterystyczną dla siebie pasją i oddaniem, trzymając pojedynek na niezwykle wyrównanym poziomie. Był przeciwnikiem, z którym niewielu mogło dać sobie radę.
Jan zajrzał głęboko w oczy przeciwnika i ujrzał w nich płomienie gniewu.
- To nie będzie łatwa sobota – mruknął do siebie, uchylając się przed dwoma ciosami, wymierzonymi prosto w jego szyję.
Parował uderzenia przez kilka sekund, długo nie pozostawał jednak dłużny. Wykorzystując chwilową lukę w obronie przeciwnika, pchnął toporem w jego klatkę piersiową. Ten jednak w porę odskoczył, uniknął dwóch cięć, zablokował kolejne i zamarkował cios w szyję. Wojownik cofnął swój topór i obrócił się na pięcie. Jakub wyczuł moment, w którym równowaga jego oponenta była zachwiana, kucnął i podciął jego nogi.
Jan rozciągnął się na ziemi jak długi. Topór wypadł mu z rąk i wylądował jakieś dwa metry dalej, niszcząc ogrodzenie z gałęzi. Jakub stanął nad nim, schował miecze i założył ręce na piersi.
- No, dalej. Dobij mnie – pokonany wymownym gestem odsłonił szyję.
- Nie. Nie teraz. Nie miałbym z tego żadnej przyjemności, tylko wyrzuty sumienia.
- Dlaczego?
- Nawet ty jesteś mu potrzebny. Nawet dzisiaj.
Odwrócił się na pięcie i opuścił wzgórze. Jan wstał powoli, masując obolałe kości. Ostrożnym krokiem poszedł po swój topór i mocno zacisnął na nim dłonie. Jego upadki zawsze kończyły się tak samo – Jakub odchodził, a on zbierał się powoli i ruszał na poszukiwania z głodem zemsty. Nigdy jednak nie tłumaczył swojego postępowania – aż do dzisiaj.
Wiedział, że obaj zostali stworzeni z niczego przez jakąś wyższą istotę. To tłumaczyło fakt, że miał raptem dwa lata, wyglądał na szesnaście i walczył lepiej niż niejeden wojownik już od pierwszego dnia swojego istnienia. Wątpił jednak w jakąkolwiek ingerencję tego boga – bo to coś musiało być swego rodzaju bogiem - w ich postępowania. Może jednak Jakub twierdził inaczej.
Czuł jednak pewną nierozerwalną więź z tą nieobecną istotą – często ni stąd ni zowąd ogarniało go uczucie radości, ciepła, czasem przygnębienia, smutku i związanego z nimi chłodu. Nie potrafił wytłumaczyć tego zjawiska inaczej. Tłumił jednak te wrażenia, uważając, że zakłócają one czystość jego myślenia i harmonię umysłu.
Otrząsnął się z medytacji. Zwykle w rozmyślaniach zagłębiał się po zakończeniu walki, kiedy to miał chwilę czasu dla siebie. Czasem jednak ta chwila okazywała się bardzo krótka - ich starcia potrafiły ciągnąć się do późnej nocy.
Rozejrzał się wokół. Jego oko zawisło na śladach butów zostawionych w błocie.
Jakub siedział pod drzewem nad jeziorem, z piórem i notesem w ręku.
- To powinno mu się spodobać – mruknął. – Jej chyba też.
Uśmiechnął się do siebie, gdy z umysłu wyższej istoty zaczęły płynąć radosne uczucia i plany na dzisiejsze popołudnie. Żeby miały one jakieś szanse, musiał zaistnieć jeden warunek – pokonanie Jana. Nie raz na zawsze. W tym wymiarze nie było to możliwe. Ten bóg zresztą nie pozwoliłby na to – obecność wojownika mimo wszystko bywała przydatna.
Najbardziej jednak bolał Jakuba fakt, że ten biedny człowiek był strasznie zamknięty i pragmatyczny. Nie widziałby żadnego celu w planach i posunięciach wielkiego.
Schował notes i pióro do kieszeni, po czym przykucnął nad wodą i przyjrzał się swojemu odbiciu. Jego twarz wyrażała jednak pewne obawy. Miał jakieś półtorej godziny do początku realizacji planu wielkiego. Trzy godziny, przez które nie mógł dać się pokonać. Trzy godziny, po których Jan miał gryźć piach – ale nie wcześniej i nie później.
Patrzył tak jeszcze przez chwilę na taflę jeziora, gdy nagle na jego głowę padł cień, a następnie ujrzał w wodzie bliźniacze odbicie. Spodziewał się tego. Na cięcie z góry zareagował odskokiem w lewo i błyskawicznie wyprowadzonym podcięciem.
Tym razem cios ten nie odniósł jednak skutku. Jan stał pewnie na dwóch nogach, a dodatkowe podparcie zapewniał mu topór wbity w piasek. Szybko jednak ostrze znalazło się w powietrzu, gotowe do kolejnego śmiercionośnego ciosu.
Jakub dwa razy przetoczył się do tyłu. Wstając dobył mieczy i przyjął pozycję obronną. Niemal automatycznie cofnął się pod najbliższe drzewo i przylgnął do niego plecami. Jan ruszył na niego z toporem wzniesionym wysoko nad głowę. Cios jednak nie nadszedł z góry, tylko z prawej strony. Jakub w porę podskoczył, odbił się od ostrza uwięzionego w drewnie i wykonał salto tuż nad głową przeciwnika. Zadał mu bolesny cios w lewą nogę, po czym zostawił samego z toporem w drzewie.
Terytorium ich zmagań nie było specjalnie obszerne, starczało jednak miejsca do całodziennej gry w chowanego. Właściwie mógł się ukryć niedaleko obozowiska wroga i czekać na odpowiedni moment, nie miałby jednak większych szans w starciu z nim. Jan może nie był specjalnie zwinny, jego siła była jednak kłopotliwa. Ten topór traktował jak dwuręczny tylko z przyzwyczajenia – Jakub podejrzewał, że spokojnie mógłby nim walczyć nawet lewą ręką.
Przypuszczenia odnośnie broni zostawił jednak na później. Teraz szukał sobie tymczasowej kryjówki, w oparciu o pobieżnie wykonane obliczenia.
Jak się wkrótce okazało – zbyt pobieżnie. Za sobą usłyszał trzask gałązek łamanych pod butami swego oponenta. Na jego twarzy odmalował się wyraz zdumienia, nie zwolnił jednak kroku.
- Zobaczymy jak długo wytrzymasz – mruknął do siebie i skierował swe kroki w stronę najbliższego wzgórza.
Jakub nigdy wcześniej nie zastanawiał się, jak długo będzie w stanie biec człowiek z bolesną raną z tyłu kolana. Jan jednak zdawał się w ogóle tego nie odczuwać. Jakubowi było to na rękę. Był w stanie biegać znacznie szybciej i dłużej niż jego oponent, a ten po zatrzymaniu się dotkliwiej doświadczy zmęczenia. Była to kwestia jakichś trzydziestu minut.
- Trochę za mało – stwierdził i pognał w dół zbocza. Za nim potoczył się Jan, sprawiający wrażenie osoby, której ciężka zbroja i topór dwuręczny wcale nie przeszkadzały w bieganiu.
Jan gonił swego wroga, dopóki nie uznał, że to naprawdę bezcelowe. Rana na lewej nodze wcale nie ułatwiała sprawy, a zmęczenie ogarnęło go już prawie całkowicie. Przysiadł pod pobliskim drzewem, by nabrać sił i poczekać na dalszy rozwój wypadków.
Słońce wznosiło się już wysoko nad drzewami. Według jego oceny było już kilkanaście minut po południu. Polowania na tego sukinkota zawsze bywały długie, trudne i monotonne, dzisiaj jednak były jeszcze gorsze. Rozdrażnienie Jana wzmagało uczucie podenerwowania, dochodzące od istoty wyższej. Nie był jednak w stanie określić dokładniejszych tego powodów.
Zamknął oczy i otworzył je po chwili. Pierwszym, co ujrzał była odwrócona do góry nogami twarz Jakuba. Wojownik zacisnął pięść i uderzył.
Jakub nie zdążył całkowicie się uchylić. Oberwał w szczękę, a z jego policzka zaczęła ściekać krew. Nie pozostał Janowi dłużny. Wprawiając całe ciało w ruch uderzył go czołem w nos, po czym zgrabnie wylądował na ziemi.
- Nie bądź taki nerwowy – uśmiechnął się szelmowsko, ocierając czerwony płyn z twarzy. – Nie starczy ci sił, by mnie dorwać i wykończyć.
- Już mi ich brakuje! – wrzasnął. W furii wstał i zaczął ciąć toporem, idąc powoli do przodu.
Jakub powolnym, spokojnym krokiem cofał się, odbijając niektóre uderzenia mieczami. Jan w końcu zaczął walczyć w nieco bardziej kontrolowany sposób. Po raz pierwszy tamtego dnia rozpoczął się szaleńczy taniec dwóch świetnych wojowników. Taniec cięć i pchnięć. Taniec, w którym liczyła się szybkość i zdolność przewidywania. Taniec, z którego tylko jeden z nich mógł wyjść cało.
Ruchy Jakuba były bardziej przemyślane niż zwykle. Dawał się spychać do obrony tylko po to, by czekać na dogodną okazję do wyprowadzenia kilku pchnięć. Kilka razy został powierzchownie zraniony, nie przeszkadzało mu to jednak w prowadzeniu walki. Sam zadał Janowi kilka bolesnych ciosów, cudem trafiając w szczeliny między płytami pancerza. Ten jednak niewiele sobie z tego robił i przypuścił gwałtowny atak, zmuszający szermierza do cofnięcia się o kilka kroków.
W tej samej chwili od istoty wyższej zaczął napływać sygnał niepewności, połączony z uczuciem umiarkowanej euforii. Jakub wiedział, że zbliża się właściwa chwila, nie miał jednak dużych szans na zadanie teraz ostatecznego ciosu. Jan starał się jak mógł, by trzymać jego ostrza nisko, a zbroja chroniła go skutecznie przed ciosami. Natarł mocniej, doprowadzając przeciwnika do utraty równowagi.
Fechtmistrz upadł na ziemię, opierając się o nią łokciami. Uczucie niepewności wzmogło się drastycznie, chłopak widział jednak wyjście z sytuacji. Pod głową wyczuł obecność żyłki, zapewne uruchamiającej jakąś pułapkę, zamocowaną wieki temu przez Jana. Szybki rzut oka pozwolił ocenić sposób jej działania. Jakub postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Spojrzał na Jana, wznoszącego topór do ciosu.
Ostrze opadło, cel jednak w ostatniej chwili przetoczył się na bok. Żyłka pękła zamiast czaszki wroga. Sekundę później zbrojny leżał na ziemi z sześcioma bełtami tkwiącymi w szyi.
Jakub wstał z ziemi, otrzepał się z kurzu i utkwił wzrok w ciele przeciwnika leżącego w powiększającej się plamie krwi. W tej samej chwili przez jego umysł przeszło radosne ciepło, towarzyszące uczuciu euforii tego dziwnego boga. Nie była to jednak radość ze zwycięstwa wojownika. Tamta istota nie wiedziała nawet o istnieniu tego wymiaru. A nawet gdyby wiedziała, nie pochwalałaby tego czynu.
Jakub przytroczył sobie topór do pasa i wziął zwłoki Jana na ręce. Ruszył prosto w stronę jego namiotu. Tam złożył go na posłaniu, wyjął bełty i zatamował dalszy upływ krwi. Usiadł na pniu i czekał.
Jan otworzył oczy. Pierwszym, co ujrzał była górna część płachty jego namiotu. Po chwili zorientował się, że leży na swoim posłaniu. Ostatnim, co pamiętał, był zadawany cios i przeszywający ból. Jego zwycięstwa nigdy się tak nie kończyły.
Po chwili zorientował się, że słońce dopiero zaczęło zachodzić. Pomarańczowy blask wpadł do środka, oświetlając twarz gościa siedzącego na pieńku.
Jan przyjrzał mu się uważniej. Był dość wysoki, miał długie blond włosy i niebieskie oczy. Jego brodę pokrywała gęsty, krótki zarost. Za każdym razem, kiedy na niego patrzył, czuł się jakby stał przed lustrem. Prawie. Twarz Jakuba potrafiła wyrażać zdecydowanie więcej stanów emocjonalnych niż obojętność i gniew.
- Co... się... stało? – wymamrotał.
- Wpadłeś we własną pułapkę. Sześć bełtów przeszyło twoją krtań na wylot.
- Dla... dlaczego... za...
- Dlaczego zagrałem w ten sposób?
Jan skinął głową.
- Czasem dla wyższej sprawy trzeba postąpić wbrew swoim zasadom.
- Jak... jakiej... sprawy?
- Wyczuwasz zapewne obecność tej dziwnej, dalekiej istoty?
Ranny skinął ponownie.
- Jest ona swego rodzaju bogiem. To jest jego świat, ale najprawdopodobniej w ogóle o nim nie wie. Jesteśmy z nim mentalnie połączeni, odczuwamy wszystkie jego silniejsze uczucia.
- Tak... czuję... słabo – wydyszał zbrojny.
- Wiem. Nie wiem natomiast, czym to jest powodowane – twoim młodym wiekiem czy postawą. Może obydwoma tymi czynnikami. Odgradzasz się. Boisz się o gówno wartą równowagę swojego umysłu. Wracając do tej istoty – ma pewne ograniczone zdolności stwórcze, jednak potrzebuje bardzo dużo siły woli, by ich użyć. Skutkiem ich działania jesteś ty.
Ranny uśmiechnął się.
- Tak, możesz się cieszyć. Jesteś wyjątkowy. Ja... chyba zostałem stworzony w tym samym czasie, co on. Oznaczałoby to, że istnieję tak długo jak on. I zapewne dzięki temu tak dobrze go rozumiem.
- Ale co... on ma... do nas?
- Zastanawiałeś się, co cię pcha do walki? Na mnie też to działa. Nawet w tej chwili mam niepohamowaną chęć skopania twojego zakutego tyłka – twarz Jakuba rozjaśnił szeroki, przyjacielski uśmiech. Jan z trudem spróbował go oddać.
- Istniejemy tutaj, żeby walczyć. Walczyć ze sobą i walczyć dla niego. On oczywiście nic o tym nie wie, czuje jednak całą tę walkę – początek, wszystkie przewagi oraz ostatecznego zwycięzcę. To pod ich wpływem podejmuje istotne dla siebie decyzje. I dzisiaj potrzebował odwagi do działania.
- Ja... jakie... go?
- Nieważne. I tak uznałbyś je za bezcelowe i niebezpieczne dla równowagi umysłu. Ale teraz przynajmniej czuję, że on jest szczęśliwy. Gdybyś wtedy rozłupał mi czaszkę, zapewne miałby wątpliwości co do swojego postępowania.
Zapadła chwila dłuższego milczenia.
- Dłu... długo jesz... cze będziemy mu... musieli walc... – odezwał się Jan.
- Nie wiem – przerwał mu Jakub. – Dopóki on nie zdecyduje, że któregoś z nas trzeba zlikwidować. Podejrzewam, że dlatego właśnie powstałeś i tak świetnie walczysz. Podejrzewam, że ten bóg teraz będzie chciał, żebyś coraz bardziej osłabł i może w końcu zniknął.
- Chyba w... snach.
- Marne szanse. Mówiłem ci już rano – nawet ty jesteś mu potrzebny – zrobił krótką pauzę i wyjrzał na zewnątrz. W ich świecie powoli zapadał zmrok. - Widzę, że czujesz się lepiej. W takim razie na mnie już czas. Do zobaczenia jutro rano.
Odwrócił się na pięcie i skierował kroki do wyjścia.
- Ja... Jakub.
- Tak?
- Dz... dzięki za wszystko.
- Jutro mnie za to przeklniesz – chłopak uśmiechnął się szyderczo i zniknął w mroku.
piątek, 8 sierpnia 2008
Wakacje, pt. 1
Półmetek wakacji za plecami od kilku dni. Czas na krótkie podsumowanie tego długiego i miejscami nudnego okresu.
Pierwszy tydzień. Miejsce: Łódź. Nic specjalnego się nie działo. Przez 5 dni tego tygodnia 4/5 zespołu spotykało się w domu u mnie albo Wafla, by przeprowadzić nagrania instrumentów na szykujące się demo Midreala. Dwa utwory prawie skończone, gdzieś nam wcięło bas do jednego z nich, ale to nie problem.
Tak na dobre pracowaliśmy tylko przez 3 dni X].
Do 13(?) lipca siedziałem u babci w uroczej górskiej miejscowości zwanej Łąckiem. Nic specjalnego się nie działo, a przynajmniej nie mogę sobie tego przypomnieć.
15 lipca, godzina 23:45. Na dworcu Łódź-Kaliska zbiera się dość spora grupka harcerzy. Ok. godziniy 00:25 wyrusza pociąg w kierunku Ostródy.
3 tygodnie. Mało. Cholernie mało, właściwie, patrząc na to z perspektywy czasu. Ledwo się rozbiliśmy i zaaklimatyzowaliśmy, a trzeba było wracać.
Zastęp w sumie miałem w porządku - Wafel, Kacper, Maciek, Kamil i Jędrek (najgorszy jego element). Dość szybko (choć w sumie trochę miotając się z braku koordynacji) rozbiliśmy się. Trzy dni i cała tzw. pionierka została odwalona - namioty postawione, bardzo prowizoryczne ogrodzenie zbudowane, maszt wkopany w ziemię, nawet drabinkę na wartownię zbudowaliśmy.
Później tony zajęć osadzone w dość interesujących klimatach - Wiedźmin :] . Żeby tylko więcej ludzi potrafiło wczuć się w ten klimat... W każdym razie było w porządku.
Nocne warty przebiegały dość spokojnie. Raz może podchodzili na mojej warcie. Najbardziej wkurzały stworzonka takie jak żaby i niektóre robaczki, które dziarsko poruszały się po ściółce, szeleszcząc czym się da. Można było czegoś dostać.
Przez jakieś ostatnie 55 godzin spałem może 3,5. Najpierw pobudka, jakieś zajęcia. Pogoda była paskudna, ale ognisko udało się rozpalić i płonęło przez całą noc. Ognia pilnowałem ile mogłem, ok. 3:00 inni zajęli się tym za mnie. Już nie pamiętam czy spałem, czy nie.
8:30. Gwizdek przerywa wylegiwanie się. Zrywamy się z legowisk i biegniemy na zbiórkę. Szkoda, że się skończyło.
Wichura była paskudna, w końcu 3 z 11 namiotów zostały złożone. Robiliśmy porządek, pakowaliśmy się, rozrzucaliśmy drewno po lesie. Nie czułem się najlepiej, ale szybko to przeszło.
22:30, stacja w Ostródzie. Zasypiam na jakieś pół godziny oparty o swój plecak. Potem wsiadamy do pociągu i wracamy do Łodzi.
Jutro znowu wyjazd do Łącka. Będę tam szukał sił, spokoju i szczęścia, choć dobrze wiem, że ich tam nie znajdę, że są gdzie indziej...
Pierwszy tydzień. Miejsce: Łódź. Nic specjalnego się nie działo. Przez 5 dni tego tygodnia 4/5 zespołu spotykało się w domu u mnie albo Wafla, by przeprowadzić nagrania instrumentów na szykujące się demo Midreala. Dwa utwory prawie skończone, gdzieś nam wcięło bas do jednego z nich, ale to nie problem.
Tak na dobre pracowaliśmy tylko przez 3 dni X].
Do 13(?) lipca siedziałem u babci w uroczej górskiej miejscowości zwanej Łąckiem. Nic specjalnego się nie działo, a przynajmniej nie mogę sobie tego przypomnieć.
15 lipca, godzina 23:45. Na dworcu Łódź-Kaliska zbiera się dość spora grupka harcerzy. Ok. godziniy 00:25 wyrusza pociąg w kierunku Ostródy.
3 tygodnie. Mało. Cholernie mało, właściwie, patrząc na to z perspektywy czasu. Ledwo się rozbiliśmy i zaaklimatyzowaliśmy, a trzeba było wracać.
Zastęp w sumie miałem w porządku - Wafel, Kacper, Maciek, Kamil i Jędrek (najgorszy jego element). Dość szybko (choć w sumie trochę miotając się z braku koordynacji) rozbiliśmy się. Trzy dni i cała tzw. pionierka została odwalona - namioty postawione, bardzo prowizoryczne ogrodzenie zbudowane, maszt wkopany w ziemię, nawet drabinkę na wartownię zbudowaliśmy.
Później tony zajęć osadzone w dość interesujących klimatach - Wiedźmin :] . Żeby tylko więcej ludzi potrafiło wczuć się w ten klimat... W każdym razie było w porządku.
Nocne warty przebiegały dość spokojnie. Raz może podchodzili na mojej warcie. Najbardziej wkurzały stworzonka takie jak żaby i niektóre robaczki, które dziarsko poruszały się po ściółce, szeleszcząc czym się da. Można było czegoś dostać.
Przez jakieś ostatnie 55 godzin spałem może 3,5. Najpierw pobudka, jakieś zajęcia. Pogoda była paskudna, ale ognisko udało się rozpalić i płonęło przez całą noc. Ognia pilnowałem ile mogłem, ok. 3:00 inni zajęli się tym za mnie. Już nie pamiętam czy spałem, czy nie.
8:30. Gwizdek przerywa wylegiwanie się. Zrywamy się z legowisk i biegniemy na zbiórkę. Szkoda, że się skończyło.
Wichura była paskudna, w końcu 3 z 11 namiotów zostały złożone. Robiliśmy porządek, pakowaliśmy się, rozrzucaliśmy drewno po lesie. Nie czułem się najlepiej, ale szybko to przeszło.
22:30, stacja w Ostródzie. Zasypiam na jakieś pół godziny oparty o swój plecak. Potem wsiadamy do pociągu i wracamy do Łodzi.
Jutro znowu wyjazd do Łącka. Będę tam szukał sił, spokoju i szczęścia, choć dobrze wiem, że ich tam nie znajdę, że są gdzie indziej...
sobota, 24 maja 2008
Droga do Szaleństwa
Grzegorz podniósł wzrok znad książki. Pociąg zwalniał systematycznie. Za oknem powoli pojawiał się widok na peron pierwszy stacji w Egocentrycach.
- Miło się z panem jechało – rzekł uśmiechnięty debilnie palant, z którym Grzegorz dzielił przedział. Założył na głowę melonik w różowe grochy, ukłonił się i wyszedł.
Chłopak zamknął książkę i rzucił ją do plecaka. Pociąg miał stać na tej stacji jakieś pół godziny. Przed nim była jeszcze długa droga, a zapasy żywności już się kończyły. Zarzucił plecak na ramię i opuścił pociąg.
Dworzec był obskurny i opustoszały. Łódź-Fabryczna wyglądała przy nim jak pałac. W oddali Grzegorz ujrzał zniszczony neon głoszący „Sklep Spożywczy SKORPION” - a właściwie „S__e_ ___żyw__y SKORPION”. Tam skierował swoje kroki.
Drzwi otwarły się ze skrzypnięciem. Nad nimi fałszywie zabrzęczały dzwoneczki. Atmosfera przesycona była wonią dymu papierosowego i subtelnej odmiany zgnilizny.
- DzieńDobry – odezwał się sprzedawca. Słowa z jego ust leciały niczym pociski z Kalashnikova. – PodaćCoś?
- Dwa bochny chleba i 10 Snickersów – odparł Grzegorz. – I butelkę wody mineralnej. Niegazowanej, gdyby pan mógł.
- NieMaSprawy. CośJeszcze? – rzekł sprzedawca, kładąc towar na ladę.
- Nie, to wszystko.
- ToBędzie 17,90.
Grzegorz wręczył sprzedawcy 18 złotych.
- Reszty nie trzeba – rzucił, po czym spakował racje żywnościowe do plecaka.
- DziękujęBardzo. ŻyczęMiłegoDnia!
Chłopak skinął mu głową na pożegnanie i szybko opuścił duszne pomieszczenie. Na zewnątrz jednak wcale nie było lepiej. Przez te kilka minut pojawiła się mgła gęsta jak mleko, a temperatura spadła o ładnych kilka stopni. Marznąc w podkoszulku, Grzegorz z trudem odnalazł drogę na stację. Na mostku znalazł się dosłownie na minutę przed odjazdem. Zamknął za sobą drzwi i udał się do przedziału.
Rzucił plecak na ziemię i z przedniej kieszeni wyjął I-Poda – swoją drogę ucieczki od tej ponurej rzeczywistości. Sam nie wiedział, ile już podróżował. Pociąg odjechał z Łodzi Fabrycznej o 9:43, a teraz powoli zapadał zmrok. Telefon komórkowy zbuntował się i nawet nie chciał się włączyć, nie mówiąc już o pokazaniu godziny. Zegarka nie nosił.
Losowo wybrał utwór – tym razem było to „Naszym przeznaczeniem jest płonąć” Frontside’u. Założył słuchawki i spróbował jeszcze raz ułożyć sobie to wszystko w głowie.
Gdzie jechał? Wiedział tyle, że ma wysiąść na ostatniej stacji, daleko od Łodzi. Nazwa tej miejscowości wyleciała mu z głowy, choć była dość charakterystyczna. Po co jechał?
Rozmyślania przerwało mu szuranie otwieranych drzwi do przedziału.
- Do-do-bry wie-wie-wieczór. Możżżnna śśśsię dddo-ddo-dosiąść? – odezwała się skulona, przestraszona postać za drzwiami.
- Proszę bardzo – odpowiedział Grzegorz, zapraszając mężczyznę gestem.
Gość na drżących nogach wszedł do przedziału. Prawdopodobnie był grubo po pięćdziesiątce. Jego małe, czarne, przerażone oczka rzucały się to w jedną, to w drugą stronę. Poprawił swą brązową marynarkę w kratę i stanął przy miejscu naprzeciwko Grzegorza.
- A-a-a-a-a cz-cz-czy ttttu nnnnie ma pa-pa-ją-jąkków? – spytał siadając.
- Nie wydaje mi się – spróbował uspokoić go Grzegorz. Ale to było PKP. W tych wagonach mogło być wszystko, nawet krwiożercze, jadowite gluty pełzające po sufitach.
- A-a-a wi-widział tu pa-pan ja-ja-ja-jakieś kkkrwioże-żercze, jado-dowite-te glu-gluty pełzzza-zające ppo su-sufitach?
- Nie – odparł, próbując ukryć zdumienie.
- Uff... to dobrze – podróżny otarł dłonią czoło. – Alfred, a pan?
- Grzegorz – chłopak wyjął słuchawki z uszu i schował odtwarzacz. Dużo sobie nie posłucha.
Jego towarzysz podróżny ponownie zrobił przestraszoną minę, jakby sobie o czymś przypomniał.
- Nnnie mma ttu po-poddsłu-słuchów?
Grzegorz westchnął ciężko. Współpasażer cierpiał chyba na paranoję albo jakąś manię prześladowczą. Poprzedni miał fioła na punkcie własnej osoby. Egomania? Egocentryzm? Nie wiedział, jak to cholerstwo się zwało.
- Nie, nie ma – zapewnił Alfreda. - Czego się pan tak boi?
- Bo wie pan... ONI mnie śledzą. Szukają. Wszędzie! – zdawało się, że Alfred trochę się uspokoił
- Jacy „oni”? – spytał Grzegorz, okazując zaciekawienie.
- ONI – mężczyzna poprawił go. - Organizacja Nieuchwytnych Inteligentów. Szukają mnie, bo mam coś, na czym im bardzo zależy.
- Co takiego?
- Nie mogę panu powiedzieć, ani pokazać. Chyba że... – nachylił się do Grzegorza i nakazał mu palcem, żeby się zbliżył. - ...chyba że obieca pan, że nikomu nic nie powie.
Alfred w tej chwili nie był już tym jąkałą, co wcześniej. Nabrał pewności siebie. Grzegorz postanowił pograć chwilę w tę „grę” i dowiedzieć się czegoś więcej o współpasażerze. Choć pewnie i tak wszystko sprowadzi się do jednego – jest świrusem.
- Obiecuję – rzekł w końcu.
- Świetnie!- wykrzyknął mężczyzna. W tej chwili nie wydawał się już taki stary. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął papierek po batoniku.
- Nie powie mi pan, że szukają... tego?
- Ale taka jest prawda.
- Po jaką ciężką cholerę potrzebny jest im papierek po batoniku? I to akurat ten?
- Bo to nie jest zwykły papierek.... – mina Alfreda zrobiła się tajemnicza. Chwilę później na jego twarzy pojawił się diaboliczny uśmiech. – Z jego pomocą można zniszczyć świat.
- Nie wierzę.
Alfred wstał i podszedł do okna.
- Widzisz to drzewo, o tam?
Chłopak wyjrzał na zewnątrz. Obraz za oknem przesuwałby się piekielnie szybko, gdyby nie fakt, że z powodu panującego mroku nic nie było widać.
- Nie.
- To zasługa tego papierka. Bo widzisz...
Grzegorz westchnął ponownie. Jego współpodróżny przerwał i spojrzał w jego stronę.
- Gdzie pan wysiada?
- Mania Prześladowcza – odparł mężczyzna. - A co?
Grzegorz uśmiechnął się pod nosem. Ta nazwa miejscowości pasowała do Alfreda jak ulał, choć już trochę zapomniał o swych „prześladowcach”. Przez krótką chwilę zastanawiał się, czy nie wygonić stąd biednego staruszka. Sposobów znalazłoby się tyle, ile miał rzeczy w plecaku. Albo nawet w przedziale.
- Słuchaj, Alfred – odezwał się po krótkiej bitwie z samym sobą. - Nie wierzę w ani jedno twoje słowo, ale na wszelki wypadek możesz tu zostać. Prześpij się trochę. Obudzę cię na twojej stacji.
- Dzięki! – odparł mężczyzna i położył się na boku. – Dobranoc!
Zamknął oczy i natychmiast zasnął.
Grzegorz pokręcił głową ze zdumieniem i niemal automatycznie sięgnął po I-Poda. Death – „The Philosopher”. Uśmiechnął się pod nosem i spróbował wrócić do rozmyślań.
Wykupił pierwszy lepszy bilet gdzieś daleko, bo chciał uciec na chwilę od kłopotów i wszystko na spokojnie przemyśleć. Poszukać w sobie odwagi, silnej woli, pokładów twórczej energii, pozbyć się wątpliwości. Niewiele rzeczy układało się po jego myśli. Spakował wszystko co potrzebne, wziął trochę grosza i wsiadł w pociąg jadący na jakieś zadupie, którego nazwy nawet nie pamiętał.
Led Zeppelin – „Ramble On”. Śmieszne. Nie pamiętał, żeby wrzucał ten utwór do pamięci odtwarzacza. Choć w sumie miał 60 GB wolnej przestrzeni. Po upchnięciu całej jego kolekcji miałby jeszcze kilkanaście giga wolnego. Ta piosenka jak nic odpowiadała jego odczuciom. Był teraz podróżnikiem, wędrowcem, „ramblerem”. Właściwie nie tylko teraz – miał tak od zawsze. Czasem znikał z domu na kilka dni tylko po to, by uciec gdzieś dalej i na spokojnie wszystko przemyśleć.
Ale teraz nawet nie wiedział, gdzie ucieka. Na chwilę ogarnęła go panika. Co jeśli z jakichś powodów nie będzie mógł wrócić?
Alfred niespokojnie poruszył się we śnie. Wymamrotał coś i uspokoił się. Chłopak spojrzał w jego stronę. Ten koleś ma jakieś zdolności telepatyczne?
Wątpliwości szybko się rozwiały. Jakich powodów, do cholery? Powrót zawsze jest możliwy. Jak nie pociągiem – to na piechotę. „Wszystko jest możliwe. Niemożliwe po prostu wymaga więcej czasu”, jak to pisał Dan Brown.
A gdyby...
Dalsze rozważania przerwał mu słodki, głęboki sen, czający się w okolicy od dłuższego czasu.
***
Ten jednak nie należał do spokojnych. Ani do tych poukładanych. Grzegorz był lekko chaotycznym człowiekiem, ale nie aż tak. Sen, który trafił akurat na niego przypominał raczej obrazy Salvadora Dali. Podróżował przez pustynię, wraz z karawaną słoni na długich i chudych nogach. Na najwyższym z nich siedziała jego ukochana. W żaden sposób nie mógł się do niej dostać, ani nawet zamienić z nią jednego słowa. Tak wędrowali przez żar pustyni, mijając latające kraby, pełzające ryby oraz ogromne piaskowe robale, wyłaniające się od czasu do czasu spod piasku i pożerające któregoś ze słoni.
Karawana zdawała się być ogromna, a wędrówka nie mieć końca. W końcu dostał się na jej czoło. Cały pochód prowadził stary szejk. Ten, jako jeden z niewielu, również szedł na piechotę. Grzegorz położył mu rękę na plecach i spytał, gdzie tak idą. Szejk odwrócił się twarzą w jego stronę. Chłopak natychmiast rozpoznał Alfreda.
- Widzisz tego w meloniku? – zapytał. – On idzie do Egocentryc. Ja zamierzam osiąść w Manii Prześladowczej. Ten tutaj podróżuje wprost do Szaleństwa, kolejny do Postradania Zmysłów. Większość z tych słoni tam właśnie się zatrzyma. A tobie zostaje chyba tylko...
Nagle ziemia osunęła się tuż pod nogami Grzegorza. Piasek powoli zsuwał się w dół wraz z nim. Chłopak szybko zorientował się, że jest wciągany prosto w gardziel piaskowego robala. Wyciągnął ręce w błagalnym geście.
- Pppprzy-rzykro mmi, ssta-tary – wyjąkał Alfred z diabolicznym uśmiechem. – Do zobaczenia po tamtej stronie!
***
Grzegorz obudził się zlany zimnym potem. W słuchawkach łomotało „To Tame a Land” zespołu Iron Maiden. Zastanowił się chwilę.
- Po cholerę ja brałem ze sobą „Diunę”? – mruknął do siebie.
Spojrzał na siedzenia naprzeciw. Alfred dalej słodko spał. Zmienił tylko pozycję na nieco bardziej połamańczą. Grzegorz nigdy by nie przypuszczał, że można spać w ten sposób.
Ci wszyscy ludzie byli dziwni. Koleś w meloniku, sprzedawca w „Skorpionie”, Alfred...
- Bileciki do kontroli, amigo – odezwał się głos gdzieś w okolicy jego kolan.
Grzegorz spojrzał w dół. Konduktor miał nie więcej jak metr wzrostu, czarne, kręcone włosy, olśniewająco białe zęby i charakterystyczny, francuski wąsik.
-No, szybko, bo jak ci wkopię...
Grzegorz wolał nie ryzykować. Już raz go sprawdzał, zaraz po wyjechaniu z Łodzi. Takiego ciosu w brzuch nigdy nie miał okazji otrzymać i nie chciał, by to się powtórzyło.
Sięgnął po portfel i okazał swój bilet.
- W porządku – wymamrotał, po czym podszedł do Alfreda i jednym szarpnięciem za ramię zrzucił go z foteli.
Alfred powoli podniósł się z podłogi, intensywnie masując plecy. Spojrzał w groźne, zielone oczy konduktora.
- Bileciki do kontroli! - krzyknął
- Będziesz mi konu...
Grzegorz w porę zatkał mu usta.
- Nie ryzykuj – szepnął. – On jest silniejszy od Pudziana.
Alfred zrezygnowany sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął papierek po batoniku.
- Zgiń przepadnij – rzekł.
Konduktor zniknął.
- Jak... – szepnął chłopak. Chwilę później zorientował się, że maluch stoi za Alfredem i wykręca mu rękę.
- Masz bilecik czy mam urwać ci rękę i wyrzucić przez okno?
Mężczyzna ponownie sięgnął do kieszeni i tym razem wyjął bilet.
- W porządku. Do widzenia panom! – mruknął kontroler i wyparował równie szybko jak się pojawił.
Alfred ponownie zajął swoje miejsce.
- On dla nich pracował. Na pewno! – krzyknął.
- Na jakiej podstawie to stwierdzasz?
- Zwinął mi mój papierek! – mężczyzna schował twarz w dłoniach i zaczął łkać.
Grzegorz rozpiął plecak i wyjął z niego dwa Snickersy.
- Tu masz batonik. Ten papierek z pewnością będzie miał więcej mocy niż tamten.
- Dzięki. A te orzechy nie będą za twarde na moje zęby?
- Wątpię.
***
Alfred podniósł się z fotela i pomasował po plecach. Pociąg zwalniał. Chwilę później za oknem ukazał się widok na Manię Prześladowczą.
- Na mnie już czas – rzekł Alfred. Sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej równo, wręcz pedantycznie wycięty kartonik. – To moja wizytówka. Napisz, zadzwoń... cokolwiek. I uważaj na NICH.
- W porządku. Żegnaj, Alfredzie. Do zobaczenia.
Mężczyzna skinął mu głową na pożegnanie i opuścił przedział.
Grzegorz zapadł się w fotel. Promienie porannego słońca padały wprost na jego twarz. Poczuł się cholernie głodny. Oderwał pół bochenka chleba i pochłonął go w zadziwiającym tempie.
Ponownie uruchomił I-Poda. Miał ochotę na coś lekkiego, by przestać myśleć o tym, co go trapiło. Choć z drugiej strony „Under Your Spell” panów z Primal Fear bardzo mu odpowiadało - choćby ze względu na tytuł. Momentalnie pomyślał o swojej ukochanej, którą zostawił daleko stąd. Zastanawiał się, czy właśnie to chciał przemyśleć i od tego uciec.
Wkrótce pociąg ruszył, wciskając go głęboko w fotel. Zapomniał o wszystkim i zapadł w błogi sen.
***
Śniło mu się, że siedział w ciasnej, żelaznej klatce, zawieszonej gdzieś wysoko. Tak wysoko, że nawet nie widział, co jest pod nią. Wiał potężny wiatr, rzucający jego więzieniem we wszystkie strony niczym kawałkiem papieru. Siedział tak przez kilka chwil, usiłując ograniczyć obrażenia, gdy nagle pojawił się budowlaniec na feniksie.
- Nie martw się, amigo! – spróbował przekrzyczeć hulający wiatr. – Zaraz cię uratuję!
Wyjął z plecaka młot pneumatyczny, wskoczył na klatkę i zaczął ryć w niej dziurę. Wszystko trzęsło się jak w agonii, a ogłuszający huk zagłuszył na chwilę wiatr. Po dłuższym czasie wszystko ustało. Grzegorz spojrzał w górę, wprost na uśmiechniętą twarz robotnika. Do złudzenia przypominała mu konduktora z pociągu.
- Jednak polscy budowlańcy nie są tak beznadziejni, jak się wydawało, co? – wyciągnął rękę do Grzegorza. – Zabieram cię stąd.
Chłopak chwycił za rękę swego wybawiciela i dał się wciągnąć na feniksa.
- Gdzie lecimy?
- Do królowej. Chciała cię widzieć osobiście.
W głowie młodzieńca natomiast zrodziło się tysiące pytań. Obawiał się jednak, że robotnik nie będzie w stanie na nie odpowiedzieć.
- Czego znowu może ode mnie chcieć ktoś taki jak królowa?
- Mnie się pytasz? Nawet na oczy jej nie widziałem, amigo! Ja tu tylko wykonuję rozkazy. No i trochę buduję mosty.
Jeździec feniksa zaczął rozwodzić się nad szczegółami technicznymi swego zawodu, nie dając Grzegorzowi dojść do słowa. Temu w międzyczasie zaczęły palić się spodnie. Wkrótce jednak wylądowali na obszernym lądowisku na wieżowcu zamkowym i chłopak szybko stłumił pożar.
Dwóch bliźniaczo podobnych mężczyzn w granatowych garniturach podeszło do niego. Twarze obu wyrażały ten sam rodzaj zobojętnienia, obaj nie mieli włosów, obaj nosili identyczne ciemne okulary.
- Pan z nami – powiedzieli równocześnie. Każdy złapał go za jedno ramię i niemal pociągnęli go w stronę wejścia do budynku.
Ciągnęli go tak przez kręte korytarze i kilkadziesiąt pięter, aż w końcu znaleźli się w sali tronowej – ogromnym pomieszczeniu wykutym w skale, dość ascetycznym z wyglądu. Pośrodku stał ogromny, bogato zdobiony tron, na którym zasiadała kobieca postać z twarzą zawiniętą w welon.
- Sprytne, co? – powiedziała, gdy ochroniarze rzucili Grzegorza na ziemię i oddalili się. – Każdy podejrzewałby, że sala tronowa będzie na którymś z wyższych pięter.
Grzegorz rozmasował bolące kości.
- Bardzo sprytne – mruknął ironicznie. – Gdyby tylko była tu winda...
- Uważaj na język, bo znów wylądujesz w klatce! – krzyknęła królowa. – Przemyślałeś moją ofertę?
Chłopak zanurkował w otchłaniach pamięci.
Zaraz... jaką ofertę? Łódź-Fabryczna, pociąg na jakieś zadupie, konduktor, egocentryk, Egocentryce, Alfred, ONI, papierek, znowu konduktor, Mania Prześladowcza. Nagle klatka, wybawienie...
- Ale o ssso chozzzziłłło? – wymamrotał. Robienie tej babie na złość bawiło go.
Królowa była już lekko zirytowana.
- Żenisz się ze mną czy nie?! – wypaliła.
Umysł Grzegorza pracował błyskawicznie. Jego serce już do kogoś należało.
- Nie. I nie obchodzi mnie, co ze mną zrobisz.
- Straż! – rzekła odsłaniając twarz. – Rzucić go tanatalom na pożarcie!
Grzegorz kątem oka dostrzegł, że pod tą maską kryła się niezwykle urodziwa kobieta. Nie żałował jednak swojego wyboru.
Strażnicy zaciągnęli go na krawędź wielkiej przepaści i postawili tyłem do niej.
- Jakieś ostatnie życzenia? – mruknął egzekutor.
- Tak. Naplujcie jej w twarz, bo nie zdążyłem tego zrobić – uśmiechnął się ironicznie.
I nie czekając na reakcję strażników rzucił się do tyłu z okrzykiem „Semper fidelis” na ustach.
Spadł prosto na coś obitego w twardy, chitynowy pancerz. Wkrótce to coś – wraz ze swoimi towarzyszami - zaczęło pożerać go żywcem.
***
Grzegorz obudził się na podłodze w przedziale, cały obleziony przez wielkie, zielone mrówki w niebieskie pasy. Nad nim stał konduktor. Chłopak odruchowo sięgnął po portfel.
- Nie, amigo. Nie będziesz już tego potrzebował – mikrus groźnie strzelił stawami.
- Chcesz mnie zabić? – wymamrotał młodzieniec.
- Nie. To ostatnia stacja. Wysiadaj z pociągu. Zaraz rusza.
Grzegorz szybko zebrał swój bagaż. Dwa razy sprawdził, czy nie zostawił czegoś w przedziale, po czym udał się z konduktorem na peron.
Na całej stacji panował lekki mrok. Światła latarni oświetlały tylko częściowo perony i tory.
- Chodź za mną, amigo – rzekł konduktor. – Tam dzieją się ciekawsze rzeczy.
Poprowadził Grzegorza aż do końca peronu, gdzie zatrzymali się pod ścianą, na białej linii wyrysowanej jakieś sześć metrów od torów.
- Co to za stacja? – zapytał młodzieniec.
- Zaraz wszystko ci opowiem. Teraz patrz.
W oddali zobaczyli pociąg, pędzący coraz szybciej w stronę ściany. Wkrótce przemknął obok i uderzył w mur z niewyobrażalną prędkością. Pogniecione, połamane szczątki lokomotywy i wagonów rozsypały się po całej okolicy, wgniatając ławeczki, słupki i latarnie. Odłamek metalu przemknął obok Grzegorza, omal go nie zabijając.
- Piękny widok, nieprawdaż?
Grzegorz nie mógł mu odmówić. Nigdy nie widział czegoś podobnego. Nie był jednak w stanie wydobyć z siebie jakiegoś słowa.
- Ta miejscowość to Szaleństwo – podjął konduktor. – Stąd już nie ma odwrotu. Można iść tylko dalej.
- Jak to? – zdziwił się młodzieniec.
- Wiesz, amigo, sam tego do końca nie rozumiem – rzekł skrzat bawiąc się wąsem. – Nie da się stąd wrócić w żaden sposób. Jakieś bariery, granice, kontrole. Cholera ich tam wie.
- To co ja mam robić?
- Możesz tu zostać, amigo. Albo iść dalej. Z tego miasta prowadzi dalej kilka dróg. Do Postradania Zmysłów, na przykład. Piękne miasto z zajazdem prowadzonym przez lady Makbet. Albo do Schizofrenii i dalej do Katatonii. Też cudowne, jeśli wierzyć opowieściom niektórych.
- A co ty zamierzasz zrobić?
- Ja? Ja nie skończyłem nawet podstawówki i dysponuję siłą większą niż Pudzian. Wszędzie znajdzie się dla mnie robota – uśmiechnął się. – Bywaj, amigo.
Konduktor wyparował gdzieś w ciemnościach stacji, zostawiając Grzegorza sam na sam z tą prawdą.
Grzegorz stał jeszcze przez chwilę na peronie, patrząc na szczątki pociągu.
Nie ma powrotu?! Gówno prawda.
Poprawił plecak i ruszył wzdłuż torów w stronę, z której przyjechał.
---
Chciałbym najpierw podziękować tym, którym udało się przez to przebrnąć. Zapewne był to dla Was dość ciężki kawałek chleba (choć w porównaniu do Sienkiewicza...).
Właściwie to nie wiem, dlaczego to napisałem. Zawładnęła mną jakaś nieprzemożona chęć napisania czegoś z nie-tak-znowu-lekką nutką absurdu i szaleństwa (ciekawe – niektóre teksty Midreala dotykają podobnych tematów ^^ ), a pomysł podróżnika jadącego do stacji Szaleństwo kołatał mi się po głowie już od dłuższego czasu.
Czy jestem szalony? Może i jestem – na swój specyficzny sposób, ale już powoli mi to przechodzi (nie wiem, czy się cieszyć czy smucić). Czy Grzegorz jest/był szalony? Ja tego nie wiem, tłumaczcie to sobie sami. Jakieś symptomy na pewno można u niego zauważyć.
Pilnowałem się, żeby nie przelać w jego postać za dużo siebie i swoich ideałów. Nie do końca mi się to udało – słucha podobnej muzyki do mnie (zwłaszcza Death, Led Zeppelin i Primal Fear), w niektórych sytuacjach postępuje (i postąbiłby) w podobny sposób. Może miał być jakimś moim odbiciem, a całe opowiadanie wołaniem z wewnątrz? Pewnym dość pokrętnym odbiciem mojego stanu psychiczno-emocjonalnego?
Cholera wie. Wystarczy fakt, że całość uroiła się w MOJEJ głowie.
Trzymajcie się i... do przeczytania!
- Miło się z panem jechało – rzekł uśmiechnięty debilnie palant, z którym Grzegorz dzielił przedział. Założył na głowę melonik w różowe grochy, ukłonił się i wyszedł.
Chłopak zamknął książkę i rzucił ją do plecaka. Pociąg miał stać na tej stacji jakieś pół godziny. Przed nim była jeszcze długa droga, a zapasy żywności już się kończyły. Zarzucił plecak na ramię i opuścił pociąg.
Dworzec był obskurny i opustoszały. Łódź-Fabryczna wyglądała przy nim jak pałac. W oddali Grzegorz ujrzał zniszczony neon głoszący „Sklep Spożywczy SKORPION” - a właściwie „S__e_ ___żyw__y SKORPION”. Tam skierował swoje kroki.
Drzwi otwarły się ze skrzypnięciem. Nad nimi fałszywie zabrzęczały dzwoneczki. Atmosfera przesycona była wonią dymu papierosowego i subtelnej odmiany zgnilizny.
- DzieńDobry – odezwał się sprzedawca. Słowa z jego ust leciały niczym pociski z Kalashnikova. – PodaćCoś?
- Dwa bochny chleba i 10 Snickersów – odparł Grzegorz. – I butelkę wody mineralnej. Niegazowanej, gdyby pan mógł.
- NieMaSprawy. CośJeszcze? – rzekł sprzedawca, kładąc towar na ladę.
- Nie, to wszystko.
- ToBędzie 17,90.
Grzegorz wręczył sprzedawcy 18 złotych.
- Reszty nie trzeba – rzucił, po czym spakował racje żywnościowe do plecaka.
- DziękujęBardzo. ŻyczęMiłegoDnia!
Chłopak skinął mu głową na pożegnanie i szybko opuścił duszne pomieszczenie. Na zewnątrz jednak wcale nie było lepiej. Przez te kilka minut pojawiła się mgła gęsta jak mleko, a temperatura spadła o ładnych kilka stopni. Marznąc w podkoszulku, Grzegorz z trudem odnalazł drogę na stację. Na mostku znalazł się dosłownie na minutę przed odjazdem. Zamknął za sobą drzwi i udał się do przedziału.
Rzucił plecak na ziemię i z przedniej kieszeni wyjął I-Poda – swoją drogę ucieczki od tej ponurej rzeczywistości. Sam nie wiedział, ile już podróżował. Pociąg odjechał z Łodzi Fabrycznej o 9:43, a teraz powoli zapadał zmrok. Telefon komórkowy zbuntował się i nawet nie chciał się włączyć, nie mówiąc już o pokazaniu godziny. Zegarka nie nosił.
Losowo wybrał utwór – tym razem było to „Naszym przeznaczeniem jest płonąć” Frontside’u. Założył słuchawki i spróbował jeszcze raz ułożyć sobie to wszystko w głowie.
Gdzie jechał? Wiedział tyle, że ma wysiąść na ostatniej stacji, daleko od Łodzi. Nazwa tej miejscowości wyleciała mu z głowy, choć była dość charakterystyczna. Po co jechał?
Rozmyślania przerwało mu szuranie otwieranych drzwi do przedziału.
- Do-do-bry wie-wie-wieczór. Możżżnna śśśsię dddo-ddo-dosiąść? – odezwała się skulona, przestraszona postać za drzwiami.
- Proszę bardzo – odpowiedział Grzegorz, zapraszając mężczyznę gestem.
Gość na drżących nogach wszedł do przedziału. Prawdopodobnie był grubo po pięćdziesiątce. Jego małe, czarne, przerażone oczka rzucały się to w jedną, to w drugą stronę. Poprawił swą brązową marynarkę w kratę i stanął przy miejscu naprzeciwko Grzegorza.
- A-a-a-a-a cz-cz-czy ttttu nnnnie ma pa-pa-ją-jąkków? – spytał siadając.
- Nie wydaje mi się – spróbował uspokoić go Grzegorz. Ale to było PKP. W tych wagonach mogło być wszystko, nawet krwiożercze, jadowite gluty pełzające po sufitach.
- A-a-a wi-widział tu pa-pan ja-ja-ja-jakieś kkkrwioże-żercze, jado-dowite-te glu-gluty pełzzza-zające ppo su-sufitach?
- Nie – odparł, próbując ukryć zdumienie.
- Uff... to dobrze – podróżny otarł dłonią czoło. – Alfred, a pan?
- Grzegorz – chłopak wyjął słuchawki z uszu i schował odtwarzacz. Dużo sobie nie posłucha.
Jego towarzysz podróżny ponownie zrobił przestraszoną minę, jakby sobie o czymś przypomniał.
- Nnnie mma ttu po-poddsłu-słuchów?
Grzegorz westchnął ciężko. Współpasażer cierpiał chyba na paranoję albo jakąś manię prześladowczą. Poprzedni miał fioła na punkcie własnej osoby. Egomania? Egocentryzm? Nie wiedział, jak to cholerstwo się zwało.
- Nie, nie ma – zapewnił Alfreda. - Czego się pan tak boi?
- Bo wie pan... ONI mnie śledzą. Szukają. Wszędzie! – zdawało się, że Alfred trochę się uspokoił
- Jacy „oni”? – spytał Grzegorz, okazując zaciekawienie.
- ONI – mężczyzna poprawił go. - Organizacja Nieuchwytnych Inteligentów. Szukają mnie, bo mam coś, na czym im bardzo zależy.
- Co takiego?
- Nie mogę panu powiedzieć, ani pokazać. Chyba że... – nachylił się do Grzegorza i nakazał mu palcem, żeby się zbliżył. - ...chyba że obieca pan, że nikomu nic nie powie.
Alfred w tej chwili nie był już tym jąkałą, co wcześniej. Nabrał pewności siebie. Grzegorz postanowił pograć chwilę w tę „grę” i dowiedzieć się czegoś więcej o współpasażerze. Choć pewnie i tak wszystko sprowadzi się do jednego – jest świrusem.
- Obiecuję – rzekł w końcu.
- Świetnie!- wykrzyknął mężczyzna. W tej chwili nie wydawał się już taki stary. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął papierek po batoniku.
- Nie powie mi pan, że szukają... tego?
- Ale taka jest prawda.
- Po jaką ciężką cholerę potrzebny jest im papierek po batoniku? I to akurat ten?
- Bo to nie jest zwykły papierek.... – mina Alfreda zrobiła się tajemnicza. Chwilę później na jego twarzy pojawił się diaboliczny uśmiech. – Z jego pomocą można zniszczyć świat.
- Nie wierzę.
Alfred wstał i podszedł do okna.
- Widzisz to drzewo, o tam?
Chłopak wyjrzał na zewnątrz. Obraz za oknem przesuwałby się piekielnie szybko, gdyby nie fakt, że z powodu panującego mroku nic nie było widać.
- Nie.
- To zasługa tego papierka. Bo widzisz...
Grzegorz westchnął ponownie. Jego współpodróżny przerwał i spojrzał w jego stronę.
- Gdzie pan wysiada?
- Mania Prześladowcza – odparł mężczyzna. - A co?
Grzegorz uśmiechnął się pod nosem. Ta nazwa miejscowości pasowała do Alfreda jak ulał, choć już trochę zapomniał o swych „prześladowcach”. Przez krótką chwilę zastanawiał się, czy nie wygonić stąd biednego staruszka. Sposobów znalazłoby się tyle, ile miał rzeczy w plecaku. Albo nawet w przedziale.
- Słuchaj, Alfred – odezwał się po krótkiej bitwie z samym sobą. - Nie wierzę w ani jedno twoje słowo, ale na wszelki wypadek możesz tu zostać. Prześpij się trochę. Obudzę cię na twojej stacji.
- Dzięki! – odparł mężczyzna i położył się na boku. – Dobranoc!
Zamknął oczy i natychmiast zasnął.
Grzegorz pokręcił głową ze zdumieniem i niemal automatycznie sięgnął po I-Poda. Death – „The Philosopher”. Uśmiechnął się pod nosem i spróbował wrócić do rozmyślań.
Wykupił pierwszy lepszy bilet gdzieś daleko, bo chciał uciec na chwilę od kłopotów i wszystko na spokojnie przemyśleć. Poszukać w sobie odwagi, silnej woli, pokładów twórczej energii, pozbyć się wątpliwości. Niewiele rzeczy układało się po jego myśli. Spakował wszystko co potrzebne, wziął trochę grosza i wsiadł w pociąg jadący na jakieś zadupie, którego nazwy nawet nie pamiętał.
Led Zeppelin – „Ramble On”. Śmieszne. Nie pamiętał, żeby wrzucał ten utwór do pamięci odtwarzacza. Choć w sumie miał 60 GB wolnej przestrzeni. Po upchnięciu całej jego kolekcji miałby jeszcze kilkanaście giga wolnego. Ta piosenka jak nic odpowiadała jego odczuciom. Był teraz podróżnikiem, wędrowcem, „ramblerem”. Właściwie nie tylko teraz – miał tak od zawsze. Czasem znikał z domu na kilka dni tylko po to, by uciec gdzieś dalej i na spokojnie wszystko przemyśleć.
Ale teraz nawet nie wiedział, gdzie ucieka. Na chwilę ogarnęła go panika. Co jeśli z jakichś powodów nie będzie mógł wrócić?
Alfred niespokojnie poruszył się we śnie. Wymamrotał coś i uspokoił się. Chłopak spojrzał w jego stronę. Ten koleś ma jakieś zdolności telepatyczne?
Wątpliwości szybko się rozwiały. Jakich powodów, do cholery? Powrót zawsze jest możliwy. Jak nie pociągiem – to na piechotę. „Wszystko jest możliwe. Niemożliwe po prostu wymaga więcej czasu”, jak to pisał Dan Brown.
A gdyby...
Dalsze rozważania przerwał mu słodki, głęboki sen, czający się w okolicy od dłuższego czasu.
***
Ten jednak nie należał do spokojnych. Ani do tych poukładanych. Grzegorz był lekko chaotycznym człowiekiem, ale nie aż tak. Sen, który trafił akurat na niego przypominał raczej obrazy Salvadora Dali. Podróżował przez pustynię, wraz z karawaną słoni na długich i chudych nogach. Na najwyższym z nich siedziała jego ukochana. W żaden sposób nie mógł się do niej dostać, ani nawet zamienić z nią jednego słowa. Tak wędrowali przez żar pustyni, mijając latające kraby, pełzające ryby oraz ogromne piaskowe robale, wyłaniające się od czasu do czasu spod piasku i pożerające któregoś ze słoni.
Karawana zdawała się być ogromna, a wędrówka nie mieć końca. W końcu dostał się na jej czoło. Cały pochód prowadził stary szejk. Ten, jako jeden z niewielu, również szedł na piechotę. Grzegorz położył mu rękę na plecach i spytał, gdzie tak idą. Szejk odwrócił się twarzą w jego stronę. Chłopak natychmiast rozpoznał Alfreda.
- Widzisz tego w meloniku? – zapytał. – On idzie do Egocentryc. Ja zamierzam osiąść w Manii Prześladowczej. Ten tutaj podróżuje wprost do Szaleństwa, kolejny do Postradania Zmysłów. Większość z tych słoni tam właśnie się zatrzyma. A tobie zostaje chyba tylko...
Nagle ziemia osunęła się tuż pod nogami Grzegorza. Piasek powoli zsuwał się w dół wraz z nim. Chłopak szybko zorientował się, że jest wciągany prosto w gardziel piaskowego robala. Wyciągnął ręce w błagalnym geście.
- Pppprzy-rzykro mmi, ssta-tary – wyjąkał Alfred z diabolicznym uśmiechem. – Do zobaczenia po tamtej stronie!
***
Grzegorz obudził się zlany zimnym potem. W słuchawkach łomotało „To Tame a Land” zespołu Iron Maiden. Zastanowił się chwilę.
- Po cholerę ja brałem ze sobą „Diunę”? – mruknął do siebie.
Spojrzał na siedzenia naprzeciw. Alfred dalej słodko spał. Zmienił tylko pozycję na nieco bardziej połamańczą. Grzegorz nigdy by nie przypuszczał, że można spać w ten sposób.
Ci wszyscy ludzie byli dziwni. Koleś w meloniku, sprzedawca w „Skorpionie”, Alfred...
- Bileciki do kontroli, amigo – odezwał się głos gdzieś w okolicy jego kolan.
Grzegorz spojrzał w dół. Konduktor miał nie więcej jak metr wzrostu, czarne, kręcone włosy, olśniewająco białe zęby i charakterystyczny, francuski wąsik.
-No, szybko, bo jak ci wkopię...
Grzegorz wolał nie ryzykować. Już raz go sprawdzał, zaraz po wyjechaniu z Łodzi. Takiego ciosu w brzuch nigdy nie miał okazji otrzymać i nie chciał, by to się powtórzyło.
Sięgnął po portfel i okazał swój bilet.
- W porządku – wymamrotał, po czym podszedł do Alfreda i jednym szarpnięciem za ramię zrzucił go z foteli.
Alfred powoli podniósł się z podłogi, intensywnie masując plecy. Spojrzał w groźne, zielone oczy konduktora.
- Bileciki do kontroli! - krzyknął
- Będziesz mi konu...
Grzegorz w porę zatkał mu usta.
- Nie ryzykuj – szepnął. – On jest silniejszy od Pudziana.
Alfred zrezygnowany sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął papierek po batoniku.
- Zgiń przepadnij – rzekł.
Konduktor zniknął.
- Jak... – szepnął chłopak. Chwilę później zorientował się, że maluch stoi za Alfredem i wykręca mu rękę.
- Masz bilecik czy mam urwać ci rękę i wyrzucić przez okno?
Mężczyzna ponownie sięgnął do kieszeni i tym razem wyjął bilet.
- W porządku. Do widzenia panom! – mruknął kontroler i wyparował równie szybko jak się pojawił.
Alfred ponownie zajął swoje miejsce.
- On dla nich pracował. Na pewno! – krzyknął.
- Na jakiej podstawie to stwierdzasz?
- Zwinął mi mój papierek! – mężczyzna schował twarz w dłoniach i zaczął łkać.
Grzegorz rozpiął plecak i wyjął z niego dwa Snickersy.
- Tu masz batonik. Ten papierek z pewnością będzie miał więcej mocy niż tamten.
- Dzięki. A te orzechy nie będą za twarde na moje zęby?
- Wątpię.
***
Alfred podniósł się z fotela i pomasował po plecach. Pociąg zwalniał. Chwilę później za oknem ukazał się widok na Manię Prześladowczą.
- Na mnie już czas – rzekł Alfred. Sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej równo, wręcz pedantycznie wycięty kartonik. – To moja wizytówka. Napisz, zadzwoń... cokolwiek. I uważaj na NICH.
- W porządku. Żegnaj, Alfredzie. Do zobaczenia.
Mężczyzna skinął mu głową na pożegnanie i opuścił przedział.
Grzegorz zapadł się w fotel. Promienie porannego słońca padały wprost na jego twarz. Poczuł się cholernie głodny. Oderwał pół bochenka chleba i pochłonął go w zadziwiającym tempie.
Ponownie uruchomił I-Poda. Miał ochotę na coś lekkiego, by przestać myśleć o tym, co go trapiło. Choć z drugiej strony „Under Your Spell” panów z Primal Fear bardzo mu odpowiadało - choćby ze względu na tytuł. Momentalnie pomyślał o swojej ukochanej, którą zostawił daleko stąd. Zastanawiał się, czy właśnie to chciał przemyśleć i od tego uciec.
Wkrótce pociąg ruszył, wciskając go głęboko w fotel. Zapomniał o wszystkim i zapadł w błogi sen.
***
Śniło mu się, że siedział w ciasnej, żelaznej klatce, zawieszonej gdzieś wysoko. Tak wysoko, że nawet nie widział, co jest pod nią. Wiał potężny wiatr, rzucający jego więzieniem we wszystkie strony niczym kawałkiem papieru. Siedział tak przez kilka chwil, usiłując ograniczyć obrażenia, gdy nagle pojawił się budowlaniec na feniksie.
- Nie martw się, amigo! – spróbował przekrzyczeć hulający wiatr. – Zaraz cię uratuję!
Wyjął z plecaka młot pneumatyczny, wskoczył na klatkę i zaczął ryć w niej dziurę. Wszystko trzęsło się jak w agonii, a ogłuszający huk zagłuszył na chwilę wiatr. Po dłuższym czasie wszystko ustało. Grzegorz spojrzał w górę, wprost na uśmiechniętą twarz robotnika. Do złudzenia przypominała mu konduktora z pociągu.
- Jednak polscy budowlańcy nie są tak beznadziejni, jak się wydawało, co? – wyciągnął rękę do Grzegorza. – Zabieram cię stąd.
Chłopak chwycił za rękę swego wybawiciela i dał się wciągnąć na feniksa.
- Gdzie lecimy?
- Do królowej. Chciała cię widzieć osobiście.
W głowie młodzieńca natomiast zrodziło się tysiące pytań. Obawiał się jednak, że robotnik nie będzie w stanie na nie odpowiedzieć.
- Czego znowu może ode mnie chcieć ktoś taki jak królowa?
- Mnie się pytasz? Nawet na oczy jej nie widziałem, amigo! Ja tu tylko wykonuję rozkazy. No i trochę buduję mosty.
Jeździec feniksa zaczął rozwodzić się nad szczegółami technicznymi swego zawodu, nie dając Grzegorzowi dojść do słowa. Temu w międzyczasie zaczęły palić się spodnie. Wkrótce jednak wylądowali na obszernym lądowisku na wieżowcu zamkowym i chłopak szybko stłumił pożar.
Dwóch bliźniaczo podobnych mężczyzn w granatowych garniturach podeszło do niego. Twarze obu wyrażały ten sam rodzaj zobojętnienia, obaj nie mieli włosów, obaj nosili identyczne ciemne okulary.
- Pan z nami – powiedzieli równocześnie. Każdy złapał go za jedno ramię i niemal pociągnęli go w stronę wejścia do budynku.
Ciągnęli go tak przez kręte korytarze i kilkadziesiąt pięter, aż w końcu znaleźli się w sali tronowej – ogromnym pomieszczeniu wykutym w skale, dość ascetycznym z wyglądu. Pośrodku stał ogromny, bogato zdobiony tron, na którym zasiadała kobieca postać z twarzą zawiniętą w welon.
- Sprytne, co? – powiedziała, gdy ochroniarze rzucili Grzegorza na ziemię i oddalili się. – Każdy podejrzewałby, że sala tronowa będzie na którymś z wyższych pięter.
Grzegorz rozmasował bolące kości.
- Bardzo sprytne – mruknął ironicznie. – Gdyby tylko była tu winda...
- Uważaj na język, bo znów wylądujesz w klatce! – krzyknęła królowa. – Przemyślałeś moją ofertę?
Chłopak zanurkował w otchłaniach pamięci.
Zaraz... jaką ofertę? Łódź-Fabryczna, pociąg na jakieś zadupie, konduktor, egocentryk, Egocentryce, Alfred, ONI, papierek, znowu konduktor, Mania Prześladowcza. Nagle klatka, wybawienie...
- Ale o ssso chozzzziłłło? – wymamrotał. Robienie tej babie na złość bawiło go.
Królowa była już lekko zirytowana.
- Żenisz się ze mną czy nie?! – wypaliła.
Umysł Grzegorza pracował błyskawicznie. Jego serce już do kogoś należało.
- Nie. I nie obchodzi mnie, co ze mną zrobisz.
- Straż! – rzekła odsłaniając twarz. – Rzucić go tanatalom na pożarcie!
Grzegorz kątem oka dostrzegł, że pod tą maską kryła się niezwykle urodziwa kobieta. Nie żałował jednak swojego wyboru.
Strażnicy zaciągnęli go na krawędź wielkiej przepaści i postawili tyłem do niej.
- Jakieś ostatnie życzenia? – mruknął egzekutor.
- Tak. Naplujcie jej w twarz, bo nie zdążyłem tego zrobić – uśmiechnął się ironicznie.
I nie czekając na reakcję strażników rzucił się do tyłu z okrzykiem „Semper fidelis” na ustach.
Spadł prosto na coś obitego w twardy, chitynowy pancerz. Wkrótce to coś – wraz ze swoimi towarzyszami - zaczęło pożerać go żywcem.
***
Grzegorz obudził się na podłodze w przedziale, cały obleziony przez wielkie, zielone mrówki w niebieskie pasy. Nad nim stał konduktor. Chłopak odruchowo sięgnął po portfel.
- Nie, amigo. Nie będziesz już tego potrzebował – mikrus groźnie strzelił stawami.
- Chcesz mnie zabić? – wymamrotał młodzieniec.
- Nie. To ostatnia stacja. Wysiadaj z pociągu. Zaraz rusza.
Grzegorz szybko zebrał swój bagaż. Dwa razy sprawdził, czy nie zostawił czegoś w przedziale, po czym udał się z konduktorem na peron.
Na całej stacji panował lekki mrok. Światła latarni oświetlały tylko częściowo perony i tory.
- Chodź za mną, amigo – rzekł konduktor. – Tam dzieją się ciekawsze rzeczy.
Poprowadził Grzegorza aż do końca peronu, gdzie zatrzymali się pod ścianą, na białej linii wyrysowanej jakieś sześć metrów od torów.
- Co to za stacja? – zapytał młodzieniec.
- Zaraz wszystko ci opowiem. Teraz patrz.
W oddali zobaczyli pociąg, pędzący coraz szybciej w stronę ściany. Wkrótce przemknął obok i uderzył w mur z niewyobrażalną prędkością. Pogniecione, połamane szczątki lokomotywy i wagonów rozsypały się po całej okolicy, wgniatając ławeczki, słupki i latarnie. Odłamek metalu przemknął obok Grzegorza, omal go nie zabijając.
- Piękny widok, nieprawdaż?
Grzegorz nie mógł mu odmówić. Nigdy nie widział czegoś podobnego. Nie był jednak w stanie wydobyć z siebie jakiegoś słowa.
- Ta miejscowość to Szaleństwo – podjął konduktor. – Stąd już nie ma odwrotu. Można iść tylko dalej.
- Jak to? – zdziwił się młodzieniec.
- Wiesz, amigo, sam tego do końca nie rozumiem – rzekł skrzat bawiąc się wąsem. – Nie da się stąd wrócić w żaden sposób. Jakieś bariery, granice, kontrole. Cholera ich tam wie.
- To co ja mam robić?
- Możesz tu zostać, amigo. Albo iść dalej. Z tego miasta prowadzi dalej kilka dróg. Do Postradania Zmysłów, na przykład. Piękne miasto z zajazdem prowadzonym przez lady Makbet. Albo do Schizofrenii i dalej do Katatonii. Też cudowne, jeśli wierzyć opowieściom niektórych.
- A co ty zamierzasz zrobić?
- Ja? Ja nie skończyłem nawet podstawówki i dysponuję siłą większą niż Pudzian. Wszędzie znajdzie się dla mnie robota – uśmiechnął się. – Bywaj, amigo.
Konduktor wyparował gdzieś w ciemnościach stacji, zostawiając Grzegorza sam na sam z tą prawdą.
Grzegorz stał jeszcze przez chwilę na peronie, patrząc na szczątki pociągu.
Nie ma powrotu?! Gówno prawda.
Poprawił plecak i ruszył wzdłuż torów w stronę, z której przyjechał.
---
Chciałbym najpierw podziękować tym, którym udało się przez to przebrnąć. Zapewne był to dla Was dość ciężki kawałek chleba (choć w porównaniu do Sienkiewicza...).
Właściwie to nie wiem, dlaczego to napisałem. Zawładnęła mną jakaś nieprzemożona chęć napisania czegoś z nie-tak-znowu-lekką nutką absurdu i szaleństwa (ciekawe – niektóre teksty Midreala dotykają podobnych tematów ^^ ), a pomysł podróżnika jadącego do stacji Szaleństwo kołatał mi się po głowie już od dłuższego czasu.
Czy jestem szalony? Może i jestem – na swój specyficzny sposób, ale już powoli mi to przechodzi (nie wiem, czy się cieszyć czy smucić). Czy Grzegorz jest/był szalony? Ja tego nie wiem, tłumaczcie to sobie sami. Jakieś symptomy na pewno można u niego zauważyć.
Pilnowałem się, żeby nie przelać w jego postać za dużo siebie i swoich ideałów. Nie do końca mi się to udało – słucha podobnej muzyki do mnie (zwłaszcza Death, Led Zeppelin i Primal Fear), w niektórych sytuacjach postępuje (i postąbiłby) w podobny sposób. Może miał być jakimś moim odbiciem, a całe opowiadanie wołaniem z wewnątrz? Pewnym dość pokrętnym odbiciem mojego stanu psychiczno-emocjonalnego?
Cholera wie. Wystarczy fakt, że całość uroiła się w MOJEJ głowie.
Trzymajcie się i... do przeczytania!
Subskrybuj:
Posty (Atom)